|
Takiej kariery w polskim show-biznesie nie było od dawna. W ciągu roku MARTA ŻMUDA-TRZEBIATOWSKA zagrała w przebojowej komedii romantycznej, dwóch serialach TVN, bierze udział w programie „Taniec z gwiazdami”. Publiczność reaguje spontanicznie, paparazzi próbują przyłapać na drobnym potknięciu. Co na to Marta? Włącza do akcji wewnętrznego krytyka, który nie pozwala jej pochwalić samej siebie, bo przecież dopiero zaczyna. Jeżeli tak wygląda początek kariery, to jaki będzie jej następny etap?

Na spotkanie w kawiarni Wayne’s Coffee Marta Żmuda-Trzebiatowska przychodzi w krótkiej skórzanej kurtce, koszuli w kratkę i kozakach, w które wsunęła nogawki dżinsów. W szkole tańca po drugiej stronie ulicy za chwilę zaczyna trening. Do południa będzie ćwiczyła rumbę z Adamem Królem, jej życiowym partnerem od czterech lat. Jest jeszcze szczuplejsza niż na ekranie, ma drobniejszą, delikatniejszą twarz i bardziej miodowy odcień włosów. Jeżeli chodzi o uśmiech, różnic brak. Uśmiecha się dokładnie tak samo jak w serialu – naturalnie, non stop.
Gdyby nie „Taniec z gwiazdami” plotkarskie portale pewnie nie znalazłyby pretekstu, żeby o pani pisać. Nie żałuje pani, że zaczęła tańczyć? Nie spodziewałam się aż takiego zainteresowania głównie z tego powodu, że biorę udział w programie z bliską mi osobą. Nie lubię tańczyć z obcymi mężczyznami. Skoro miałam pod ręką wspaniałego tancerza i zaproponowali nam, żebyśmy wystąpili razem, pomyśleliśmy: czemu nie. Nie podejrzewałam, że zrobi się ze mnie ofiarę.
Czy takie teksty na swój temat można czytać spokojnie? Z jednej strony mnie śmieszą, trochę też jednak bolą. Bo na atak zostaje wystawiony najbliższy mi człowiek. Adam mnie zawsze motywował, dawał energię, przy nim rozkwitłam, stałam się prawdziwą kobietą. Długo zastanawiałam się, czy w ogóle wystąpić w „Tańcu z gwiazdami”. Były momenty, że prosiłam, by Adam zdecydował za nas oboje. Nie chciał tego zrobić, decyzję musiałam podjąć sama. Dlatego coraz bardziej denerwuje mnie, że jestem stawiana w roli męczennicy…
…ofiary cynika, który chce pokierować pani karierą? Może trudno w to uwierzyć, ale mną nie można pokierować. Zastanawiam się, skąd się wzięła ta opinia na temat Adama? Może dziennikarze zasugerowali się jego wyglądem (śmiech). Bo on sprawia wrażenie mężczyzny, który jest silny i zimny. Ale tak naprawdę to najcieplejszy i najzabawniejszy człowiek, jakiego znam. Łączy nas nierozerwalna więź, bo podstawą naszego związku jest przyjaźń.
Cztery lata temu dopiero zaczynała pani studia. Czy to nie za wcześnie na poważny związek? W Warszawie nie miałam nikogo bliskiego, przyjechałam z marzeniami i chciałam je zrealizować. Pierwszy raz w życiu za wszystko byłam oceniana. Za to, jak wyglądam, chodzę, mówię, nawet za to, jaki mam zgryz. Poczułam się wtedy okropnie, a potem wcale nie było lepiej. Po pierwszym roku byłam zmęczona tym miastem, światem, ludźmi. Pomyślałam, że nie o to mi chodziło, powinnam zmienić studia. I wtedy poznałam Adama. Uświadomił mi, że to, co robię, jest piękne, że czasami warto popłakać, przemęczyć się, by potem móc robić to, co się kocha.
I dalej pani życie potoczyło się już gładko? Cały czas wydaje mi się, że dopiero zaczynam i jeszcze długa droga przede mną. Nie zachłystuję się tym, co się wydarzyło. Zdaję sobie sprawę, że nastąpiło to bardzo szybko i równie szybko może się skończyć. W życiu wszystkiego musi być po równo. Jeśli jest pięknie i wspaniale, mam dużo ciekawej pracy, to trzeba liczyć się z tym, że za chwilę mogą zdarzyć się miesiące bez zajęcia. Oby dobra passa trwała jak najdłużej. Ale jeśli się skończy, to też nie będzie dramat. Bo w życiu są inne priorytety, nie tylko praca.
Co jest ważniejsze? Zawsze uważałam, że najważniejsza jest rodzina. Tak zostałam wychowana. Mój tato pochodzi z wielodzietnej rodziny. Ciągle wspominam wspólne święta, wakacje z kuzynostwem. Moja babcia ma zawsze pełen dom gości, na których czeka z ciepłą drożdżówką. W przyszłości też chciałabym mieć taki dom, pełen dzieci.
Prasa chyba nie do końca była przygotowana na tak błyskawiczną karierę tak młodej osoby? Ten rok przyniósł mi bardzo dużą popularność, na którą ja też nie byłam, i w dalszym ciągu nie jestem, przygotowana. Po pierwszym odcinku „Tańca z gwiazdami” paparazzi pojechali za mną pod mój dom. Wyszłam na balkon i zobaczyłam 15 obiektywów skierowanych prosto we mnie. Tej nocy nie mogłam zasnąć, przestałam czuć się bezpiecznie. Pomyślałam, że to cena za frajdę, którą daje mi mój zawód. I zaczęłam się kontrolować, uważać na to, co robię, mówię, jak się ubieram. Ale szybko przyszła refleksja, że tracę spontaniczność, a to chyba właśnie ona przyniosła mi sympatię widzów. Jeszcze do niedawna byłam do paparazzich nastawiona negatywnie, czułam żal, że wtargnęli moje w moje życie. Teraz myślę, że taką mają pracę. Uśmiechnę się, fotograf zrobi zdjęcie i pojedzie. Tego trzeba się nauczyć, ja zaliczam właśnie przyśpieszony kurs.
Paparazzi to skutek uboczny popularności. Jakie są jej plusy? Jeżeli ktoś wyobraża sobie, że jeżdżę super samochodem, mam duży dom i panią, która w nim sprząta, to się rozczaruje. Mieszkam w małym, wciąż niewykończonym mieszkaniu. Gdy je remontowałam, tak jak wszyscy użerałam się z ekipami, sama czyściłam fugi. Nadal brakuje drzwi w kuchni, coś jest źle zamontowane, coś trzeba lepiej pomalować. Trzy dni płakałam, bo majster krzywo ułożył glazurę w łazience. I tak zostało. Może za pół roku zdecyduję się ją zerwać i zrobić wszystko porządnie od początku. Nie opływam w luksusy, nie przepuszczam pieniędzy w butikach, wieczory zamiast w klubie spędzam w domu z książką w ręku.
Może jest pani zbyt skromna, żeby wziąć z życia więcej? W tym, co robię, nigdy nie chodziło o zysk. Liczy się pasja. Pod tym względem jest we mnie trochę naiwności, idealizmu. I niech tak będzie jak najdłużej. Dzięki temu robię, tylko to, w co wierzę. „Taniec z gwiazdami” nie jest wcale wyjątkiem. Nie jest łatwo być naturalnym w takim programie. Wszyscy chcą być tam fajniejsi, śmieszniejsi, ciekawsi, niż są. Osoba odpowiedzialna za filmiki z przygotowań do kolejnych odcinków powiedziała mi, że jestem nudna. Nie mam na koncie kryzysu, rozwodu, nie wzbudzam kontrowersji, krótko mówiąc, jestem niemedialna. Nie wiedziałam, czy się załamać, czy cieszyć. Skoro jestem nudna, to trudno, widocznie nie nadaję się do robienia ze swojego życia show.
Czy podwójne nazwisko nie budzi podejrzeń, że ma pani bogatsze doświadczenia życiowe, niż chce się przyznać? Od Beaty Tyszkiewicz dowiedziała się, że na widowni „Tańca z gwiazdami” dwie kobiety dyskutowały na ten temat: popatrz, ta Żmuda taka młoda, a już się z tym Trzebiatowskim rozwiodła i teraz jest z Królem. Żmuda-Trzebiatowska to rodowe nazwisko kaszubskie, po moim ojcu. Nazwisko, choć trudne do wymówienia i długie, ładnie brzmi i gdy się przedstawiam jakiemuś reżyserowi, to jego wzrok przytrzymuje się na kilka sekund dłużej.
Popularność przyciąga ludzi. Dużo osób chce się z panią teraz szybko zaprzyjaźnić? Mój świat stanowią moi dotychczasowi przyjaciele. Mam jedną bliską przyjaciółkę, prawie moją siostrę bliźniaczkę. Łączy nas telepatyczna więź. Może dlatego, że urodziła się dwa dni przede mną w tym samym szpitalu. Do matury byłyśmy nierozłączne, dopiero studia nas rozdzieliły. Ona wybrała farmację w Bydgoszczy, a ja szkołę teatralną. Tylko ona jest w stanie ocenić, na ile się ostatnio zmieniłam.
Pisze się o pani: „druga Joanna Brodzik, nowa królowa seriali”. Co pani na to? Porównanie do Joasi Brodzik mnie zaskoczyło. Zastanawiam się, skąd się wzięło. Może dlatego, że gramy w podobnych produkcjach, które robi ta sama ekipa, a może wystarczyło, że lekko zmieniłam kolor włosów? Traktuję to jako komplement.
Zaraz po „Tańcu z gwiazdami” zaczynają się święta. Planuje pani zniknąć wtedy z pola widzenia? Święta spędzę z rodziną, nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Ale wolnego czasu nie będzie za dużo, bo już na początku stycznia kręcimy trzecią serię „Teraz albo nigdy!”
Na podstawie InStyle/2008/Grudzień
|
Komentarze
oby tak dalej
Dodaj komentarz
System komentarzy Joomla Professional Solutions